Wczoraj wybraliśmy się z Chrześniakiem do kina. Bartek z wyróżnieniem skończył pierwszą klasę podstawówki, a tak się złożyło, że Mąż wygrał bilety na film animowany ;) ... no więc nasz mały Syncio powędrował do Dziadków a my zrobiliśmy sobie wycieczkę jak za dawnych lat. Jejciu jak ja rzadko ruszam się gdzieś bez Syna. Pół dnia zanim wyjechaliśmy przeżywałam jak głupia, czy wszystko będzie ok. A potem... cudownie mi się oglądało bajkę i zajadało popcorn. Morał tej
matczynej dygresji taki, że dla zdrowia psychicznego mamy i dziecka czasem trzeba się rozdzielić. Z pewnością nikt na tym nie ucierpi, a tylko zyska.
Moja faza na gotowanie ostatnio zabiera mi za dużo czasu.
Czasu, który mogłabym poświęcić Maksiowi. Choć z drugiej strony tak
sobie myślę, że i tak nie mało czasu z nim spędzam ;) A moja pasja do gotowania choć przyprawia mnie o wyrzuty sumienia daje też wiele satysfakcji mi i moim konsumentom. Tak samo z resztą jest z tą moją blogową pisaniną. Od zawsze, czyli od podstawówki uwielbiałam pisać wypracowania, eseje czy rozprawki. Właściwie to tak się teraz zastanawiam czemu ja psychologię ukończyłam, a nie dziennikarstwo czy literaturę. Na szczęście w końcu znalazłam sposób by dać upust swoim niespełnionym ambicjom pisarskim ;). Jakiś natłok przemyśleń mam w głowie od tej wycieczki ;) ... widać, że w domu się zakisiłam. Oj widać.
Wracając do kwestii kulinarnych dziś na obiad zrobiłam bitki z piersi indyka z przepisu mojej siostry. Już jakiś czas temu wspominała mi o tym przepisie i o tym, że jej Panowie są nim zachwyceni. Nadeszła chwila by wypróbować tę recepturę. Tym bardziej,
że chciałam mieć obiad na dwa dni, żeby móc więcej czasu poświecić
Synkowi. Cudownie się złożyło bo w zamrażalniku miałam duży filet z indyka... Oto moja interpretacja: