Po mojemu i o mnie

Blog Kuchnia po mojemu powstał w maju 2013 roku. Sam pomysł pojawił się trochę wcześniej. Zaczęło się od fotografowania potraw, których przygotowywanie i spożywanie urozmaicało nasze życie towarzysko - małżeńskie. Najpierw żartowaliśmy sobie, że powinnam prowadzić bloga. Z czasem jednak zaczęłam traktować tę myśl bardziej poważnie. 

Przepis na Kuchnię po mojemu:
Składniki:
  • trochę nudy
  • o dwa lata przedłużający się urlop macierzyński
  • garnek pasji do gotowania
  • duża szczypta uwielbienia do jedzenia
  • porcja radości z karmienia innych
  • potrzeba samorealizacji
Przygotowanie:
Kiedy już wszystkie składniki buzują w Tobie. Kiedy czujesz, że chcesz coś zrobić. Kiedy w głowie miksują Ci się pomysły na dania, tytuły teksty. To wszystko oznacza, że jesteś gotowa/y, żeby  stworzyć "jakąś" jakość. :)
Tak było u mnie. Brak możliwości powrotu do starej firmy po macierzyńskim, Mąż ciągle w pracy albo nieobecny, Syncio, który już nie był noworodkiem i dawał czasem chwile wytchnienia....

W takich okolicznościach 23 maja 13 r. pierwszy - trochę drętwy wpis ujrzał światło dzienne ;)
Kuchnia po mojemu jest realizacją moich pasji: grafomańskich zapędów z dzieciństwa i pasji do gotowania, która ujawniła się dość późno (Mama dokąd razem mieszkałyśmy zastanawiała się czy ja cokolwiek kiedyś ugotuję, a Teściowa martwiła się czy jej pierworodnego Syna nie zagłodzę ;)

Pora ochrzcić Gluciora
"Więc słowo ciałem się stało"
Przyjęcie w obiektywie


 Słodkich chwil u Mamy czar 

Powiew świeżości z nad morza 

Wspomnienie kulinarnej wolności...

... i nadmorskiej rzeczywistości

Z powrotem do prawdziwej rzeczywistości, czyli kiedy Mały Brzdąc choruje

Moja chwila na refleksje 

I przemyśleń ciąg dalszy

Podejście do żywienia dziecka - po mojemu zdrowo - ... byle z dystansem

Gorzka nauka świętowania 

Przemyślenia z podróży

Refleksje zdarza mi się mieć nawet przy papryce

No i stało się to co kiedyś stać się musiało. Dnia 9 lutego odeszła moja kochana Babunia. Ta, w której ogrodzie pachniało wakacjami. Ta, która przyjeżdżała przed laty o 7 rano na kontrolę czy w szafkach porządek - z siatą smakołyków oczywiście. Ta, z którą mieszkałam i dorastałam. Ta, która choć się z nami nie zgadzała to nie potępiała.
Skromna, spokojna. Kiedyś zawsze uśmiechnięta. Wszystkich w okolicy znała, wszystko załatwić umiała.
Przede wszystkim scalała rodzinę, studziła zapalczywego Męża (mojego Dziadka), a potem po prostu się nim opiekowała wraz z Mamą moją.
Z upływem czasu coraz bardziej schorowana, ale zawsze dzielna. Nie chciała wiele - żeby jej bliscy byli bezpieczni i żeby ciężarem nie była. I nie była. Choć czasem nerwy brały bo im człowiek starszy tym bardziej uparty, to każda chwila z Nią spędzona była cudowna i na miarę złota.
Choć wiem, że była coraz słabsza i pieprzone zapalenie płuc jej życiodajny oddech zabierało to narazie wypełnia moje serce żal i złość, że już Kochanej Babci Heni nie zobaczę. Że już śniadania z nią  nigdy nie zjemy i nie poplotkujemy grzejąc się na słoneczku w ogrodzie; że już z moim Maksiem nie będą sobie z dzióbków wyjadać - dosłownie.... .
Zła jestem na dorosłe życie ... same pożegnania i ta świadomość straty.... Zła, smutna, stęskniona .... ech... .

Choć życie brutalnie toczy się dalej... Ludzie nadal się rodzą, śmieją, żartują, pracują, kupują i planują swój świat to autorka Kuchni po mojemu musi się osobiście pozbierać zanim wróci do życia w pełni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy konstruktywny komentarz mile widziany