wtorek, 6 sierpnia 2013

Nadmorska dieta cud i mega fast-food na deser, czyli morza szum, słońca żar, powiew wiatru, a w domowej kuchni sezon ogórkowy.

Tak... urlop, urlop i po urlopie. Człowiek czeka na te chwile cały rok. Przez trzy tygodnie przed wyjazdem myśli i śni już tylko o tym.  Przez ostatni tydzień szykuje się, zakupy robi, a na koniec w dzikim szale pakuje sterty ciuchów i tyle super potrzebnych rzeczy, że drzwi od samochodu ledwo domknąć można. Potem podekscytowany przemierza setki kilometrów czasem w korkach, czasem po dziurawych, krętych drogach naszpikowanych fotoradarami. A po podróży nic tylko cisnąć walizki, wskoczyć w kostium i biegiem na plażę. I tak zaczyna się krajowe urlopowanie.

Przydrożny stragan uwieczniony dzięki korkowi





























W tym roku wybraliśmy się naszą bandą, o której już wcześniej wspominałam nad polskie morze. Konkretnie do Sarbinowa. Początkowo miała być Jastarnia, ale, że w Sarbinowie wyczailiśmy super dom do wynajęcia to tak wyszło. Sarbinowo jak się okazało jest całkiem spokojną ale sympatyczną nadmorską mieścinką. Dom był dokładnie taki jak na zdjęciach - przestronny, nowoczesny urządzony ze smakiem. Super wybór dla dwóch rodzin z dziećmi. Nie musieliśmy się gnieździć w ciasnej, zatęchłej kwaterze z małą lodóweczką i dostępem do wspólnej kuchni bez wygód. Wręcz przeciwnie - dom miał jasną, dużą kuchnię, dobrej klasy lodówkę i kuchenkę z piekarnikiem, ogromny salon z kominkiem, a do tego ogród z mini placem zabaw. Generalnie bajka jak na polskie, nadmorskie standardy. Jeszcze tylko gdybyśmy mieli bliżej do plaży i do centrum to byłoby idealnie.

Ale nie o tym miało być. Nadmorska dieta cud. Brzmi cudownie prawda? Pewnie czytelnik pomyśli - no tak piękna kuchnia, morze blisko - idealne warunki, żeby rybne cuda przyrządzać. Do tego przeróżne sałaty i inne zieleniny. Rzeczywiście można schudnąć i to jeszcze zdrowo. Pewnie tak jest. Pewnie tak by było gdybyśmy tam dłużej zabawili. Niestety, jeśli wyjeżdża się na tydzień (niecały w moim przypadku) to nawet jeśli gotowanie jest pasją  nie ma opcji, żeby urlop spędzić w kuchni. Urlop to urlop. Nad morzem trzeba plażować, korzystać ze słońca i morskich fal. Przynajmniej dla mnie jest to super rozrywka. O jedzeniu można myśleć w trakcie. Głównym filarem naszej diety cud stały się przepyszne zapiekanki w rozmiarze XXL i mega frytki.


Nie ma nic lepszego niż nadmorskie frytki - oczywiście pod warunkiem, że to nie mrożonki z piekarnika. My mieliśmy szczęście i już pierwszego wieczoru namierzyliśmy knajpkę przy promenadzie, gdzie frytki serwowali lepsze niż domowe. I te zapiekanki: hawajska, z bekonem, z kebabem, z szynką ... żadnej nie udało mi się zjeść do końca, choć podejść robiłam wiele. W tej samej knajpce robili też pizzę z pieca. Jej fantastyczny zapach skusił nas również. Pyszota. Ciasto cieniutkie, chrupiące. Dodatki dobrze dobrane i nie przesadzone.

Pizza Diavolo (oj ostra była - dla mnie nie do zjedzenia)
Zwykła Margharita - ale jaka aromatyczna
Doskonałym uzupełnieniem naszej zdrowej diety stał się napój o bursztynowej barwie, koniecznie zimny, dla niektórych z sokiem... piwko oczywiście ;).

I  piwko ... na Hawajach ;)
I tak knajpka, do której wstąpiliśmy pierwszego wieczoru bo była jeszcze otwarta i były w niej dzikie tłumy stała się naszą urlopową jadłodajnią. Każdy z nas w niej coś dobrego znalazł. Na deser trzeba było zapuścić się głębiej w świat straganów, a tam lody i gofry z wszelkimi dodatkami. To jest zdrowe żywienie, nieprawdaż? Kto jednak pomyśli, że się spaśliśmy na tym wyjeździe jest w błędzie. Bo sekretem nadmorskiej diety cud jest aktywność fizyczna. Kąpiele w zimnej, morskiej wodzie, długie spacery i przemierzanie piaszczystych plaż pozwala bezkarnie wcinać fast - foody. Nikt z nas nie wrócił z dodatkowym ciężarem, a wręcz przeciwnie każdego z nas ubyło po trochu. Teraz odliczamy czas do następnego wyjazdu. Choć jak zwykle panował chaos komunikacyjno - organizacyjny i  czasem były nerwy to po powrocie ogarnął nas smutek. W domu jest pusto, cicho i smutno. W mieście szaro, brudno, smrodliwie i duszno. Morze już nie szumi. Generalnie do bani. Jeśli nie wygramy w lotka i nie pobudujemy się nad morzem albo w górach to szarość nas pochłonie.
Ech, wyjeżdża się, żeby naładować się energią do życia na cały rok. I na wyjeździe rzeczywiście sił nie brak - śpi się mało, dużo rusza, pije, bawi, pływa, biega. A po powrocie? Deprecha i smutek.
No nic, powoli się zbieram do kupy. Jeszcze parę dni i pewnie organizacja powróci. Chęć do pichcenia też... bo chwilowo to wraz z powrotem do szarości miasta i nieustających, bezlitosnych upałow sezon ogórkowy w mojej kuchni nastał ;) ... czyli można powiedzieć, że diety cud ciąg dalszy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy konstruktywny komentarz mile widziany