Kopytka to smak domu. Kopytka to smak dzieciństwa. Kopytka to smak Mamy... Dla wielu najważniejszej osoby w życiu.
Dziś 17.03 - urodziny mojej Mamci...Mamusi - niedoścignionego wzoru gospodarności, siły, uporu, woli życia, odpowiedzialności i wielu innych cech, które teraz nie przychodzą mi do głowy.... Mojej Ostoi, której zabrakło. Pierwsze Jej urodziny kiedy Jej nie ma. Kiedy nie ma co świętować, dla kogo się starać.
Od jej odejścia Kuchnia po mojemu i ja jako jej autorka pograżyłyśmy się w rozsypce. Nic już nie jest takie samo. Nic nie smakuje tak dobrze jak to co razem pichciłyśmy...
Jeśli Kuchnia po mojemu ma kiedyś wrócić i dalej żyć kuchennym życiem to dobry moment aby znalazł się tu przepis na kopytka mojej Mamy....jej ostatnie, a moje pierwsze...
Składniki (na oko):
- gotowane ziemniaki 1 kg
- 250 go mąki pszennej (typ 650, ale może też być zwykła tortowa)
- 1 jajko
- sól do smaku
Przygotowanie:
Kopytka przeważnie powstawały u nas gdy zostało ziemniaków z obiadu, więc przyjęte proporcje są szacunkowe. Czasem zdarzało się że Mama robiła je specjalnie dla nas, żeby nam zrobić przyjemność.
Ideą jest to, że do ugotowanych , rozgniecionych i przeciśniętych przez praskę ziemniaków dodajemy: jedno jajko, dużą szczyptę soli, oraz mąkę - 1/4 ilości ziemniaków. Wszystko zależy jednak od gatunku, a przez to 'mączystosci' ziemniaków. W praktyce dodajemy mąki tylko tyle ile trzeba do zagniecenia masy. Jeśli dodamy jej zbyt dużo- kopytka wyjdą gumowe i twarde. Jeśli zbyt mało będą zbyt delikatne i mogą się rozpadać w gotowaniu. Po zagnieceniu ciasta formujemy ręką wałeczki z których odcinamy kopytka. Gotujemy w osolonej wrzącej wodzie dopóki nie wypłyną. Odcedzamy. Podajemy z ulubionymi dodatkami...skwarkami, sosem, gulaszem...
To prostota sama w sobie a jednocześnie poezja smaku. Sentymentalne niebo w gębie...
Te kopytka, które tu opisuje zrobiłyśmy razem 4 maja 2025r. ...na tydzień przed ŚMIERCIĄ mojej Mamy... Chciała je zrobić dla nas bo wiedziała że lubimy, bo wiedziała że nie zdążę zrobić obiadu na poniedziałek po powrocie od Niej. Nie miała siły... a mimo to jak zobaczyła jak nieudacznie biorę się za zagniatanie ciasta przejęła pałeczkę i dokończyła za mnie opowiadając mi co i jak. Potem na zmianę kroiłyśmy 'wałeczki', a ja ugotowałam kopytka. To były Jej ostatnie, a moje pierwsze...od tamtej pory nie jadłam kopytek...
Od tamtej pory nie mogę wrócić z otchłani bo nic już nie jest takie samo odkąd Jej nie ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy konstruktywny komentarz mile widziany